Jak to się robi: Marvel Cinematic Universe

17 lipca 2015 (19:00)

Marvel Studios potrafi doskonale dwie rzeczy: robić dobre filmy i zarabiać na tym kupę kasy. Stworzyli najbardziej dochodową franczyzę w historii kina, a nie powiedzieli jeszcze przecież ostatniego słowa. Marvel Cinematic Universe (lub jak się w żargonie fanów mówi: MCU) to już nie jest seria, to już nie jest projekt, to świetnie naoliwiona maszyna, której nie sposób zatrzymać. Przynajmniej dopóki ludzie nie powiedzą: dość.

Ale po kolei, wszak siedem lat temu chyba nawet szefom Marvela nie śnił się taki sukces. Wszystko zaczęło się w maju 2008 roku, kiedy do kin wszedł pierwszy "Iron Man". Film zarobił pół miliarda dolarów, krytyka go pokochała, widzowie jeszcze bardziej, a Robert Downey Jr. sprawiał wrażenie, jakby urodził się do roli Tony’ego Starka. Dwa lata później "Iron Man 2" powtórzył sukces "jedynki" i wtedy chyba nie było już odwrotu, choć inni bohaterowie: Hulk, Thor i Kapitan Ameryka zarabiali nieco mniej. Maszyna się rozpędziła, a wszystkie 5 filmów stanowiło preludium do tego, na co wszyscy czekali – "Avengers". Półtora miliarda dolarów, ludzie zachwyceni, rozrywka na 5+, czego chcieć więcej? "Avengers" oficjalnie zakończyło tak zwaną Fazę Pierwszą MCU.

Faza Druga potoczyła się wręcz błyskawicznie, bo jak się jest na fali, to trzeba działać szybko. Iron Man, Thor i Kapitan Ameryka powrócili w swoich filmach, które umilały ludziom czas oczekiwania na "Age of Ultron". Wybił się nieco "Winter Soldier", który totalnie zmienił reguły gry – wszystko co znaliśmy do tej pory uległo dekonstrukcji, zmienił się także ton całości na znacznie poważniejszy. Fazę Drugą zamyka dzisiaj "Ant-Man", który chyba (oby) będzie jednym z tych bardziej na luzie mieszkańców MCU. Moim bezspornie ulubionym filmem Fazy Drugiej (i jednym z ulubionych w ogóle) jest, o dziwo, "Guardians of the Galaxy". Być może dlatego, że nie spodziewałam się po tym filmie dokładnie niczego, a dostałam 130% więcej. Doskonała obsada (szczególnie Chris Pratt jest strzałem w dziesiątkę), olbrzymia dawka humoru i dobrej zabawy, ciekawa historia o wyrzutkach, po których nikt nie spodziewa się niczego dobrego. Naprawdę świetne kino. Ale o tym więcej kiedy indziej, bo nie recenzje chciałam dziś pisać, ale skomentować fenomen.

Jego sedno polega na tym, że Marvel nie tylko ma dobre produkty, ale też wie jak je promować. Nie ma wątpliwości, że jest to obecnie najpotężniejszy gracz na rynku adaptacji komiksów, drudzy w kolejce – DC i Warner Bros. – nie mają w tej bitwie szans. Napatrzyli się na sukces Marvela i zachciało im się zrobić coś podobnego, ale zaczynają chyba dość późno (pierwsza próba nie wypaliła w związku z dramatycznym wręcz fiaskiem "Green Lantern"). Oficjalnie pierwszym filmem w uniwersum DC jest "Man of Steel" z 2013 roku, ale właściwa maszyna ruszy dopiero w przyszłym roku wraz z premierą drugiej części. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że ilekroć DC próbuje nawiązać walkę z Marvelem, ten natychmiast odpowiada ze zdwojoną siłą. Kiedy Warner Bros. w październiku ubiegłego roku ogłosiło plany filmowe w związku z uniwersum DC, dosłownie dwa tygodnie później Marvel zrobił dokładnie to samo tylko sto razy lepiej. Zorganizowane zostało coś na kształt wielkiej konferencji prasowej, na której szef Marvel Studios Kevin Feige zaprezentował plany odnośnie Fazy Trzeciej MCU i dosłownie zmiótł DC z powierzchni ziemi. Nie mieli litości. Było mnóstwo niespodzianek, na scenie pojawili się Chris Evans i Robert Downey Jr., a także świeżo obsadzony w roli Czarnej Pantery Chadwick Boseman. Zaproszeni goście dostali taką dawkę wrażeń, że pewnie wyszli stamtąd z mokrą bielizną. A kinowy kalendarz mają zapełniony do 2019 roku. Całkiem nieźle, jak na imprezę organizowaną na szybko.

Nieprawdopodobny sukces wszystkich filmów ze stemplem Marvela sprawił, że Faza Trzecia, która rozpocznie się w przyszłym roku, wygląda z jednej strony naprawdę imponująco, a z drugiej ryzykownie, ponieważ zakłada, że za kilka lat ludzie wciąż będą ciekawi. Filmów w samej Fazie Trzeciej będzie aż 10, obok postaci znanych pojawią się też zupełnie nowe. Fazę rozpocznie "Civil War" – wiadomość ta sprawiła, że ludzie dosłownie oszaleli.

MCU z biegiem lat i napływem pieniędzy stopniowo się rozrastał. Drugoplanowa postać z "Avengers", Agent Phil Coulson, stał się tak uwielbiany przez fanów, że aż wskrzeszono go z martwych (co nieco komplikuje sprawę, gdyż Avengers wciąż myślą, że Coulson nie żyje…) i dano własny serial "Agents of S.H.I.E.L.D.", który spokojnie wytrzymuje porównanie z filmami. Swój serial ma również "Agent Carter", a Netflix wypuścił już "Daredevila" i są plany na kolejne seriale. Fabuły coraz bardziej się ze sobą przeplatają, niektóre filmy i seriale mają większy wpływ na główny wątek, inne mniejszy, ale wszystko dzieje się w tym samym uniwersum. Kiedy trzeba ogarnąć tyle rzeczy na raz, istnieje silna obawa, że prędzej czy później to wszystko przestanie się trzymać kupy. Oglądanie trzeciej części przygód Tony’ego Starka nie ma sensu jeśli się nie widziało "Avengers". Końcówka pierwszego sezonu "Agents of S.H.I.E.L.D." dzieje się bezpośrednio po wydarzeniach z "Winter Soldier" i bezpośrednio z nich wynika. Założenie jest takie, żeby była konieczność obejrzenia wszystkiego, jeśli się chce wszystko rozumieć. A kaska leci. Pomysł wyborny, wykonanie przeważnie doskonałe, ale to już jest chyba taki moment, kiedy należy sobie postawić kilka pytań. Z czego podstawowe brzmi: jak długo jeszcze ludzie będą chcieli to oglądać? Już teraz wygląda to tak, jakby Marvel ścigał się sam ze sobą. Rozumiem ten dylemat – cały czas podkręcają tempo, bo w przeciwnym wypadku ktoś im zarzuci, że robią w kółko to samo. Tyle że takim podejściem można sobie łatwo strzelić w stopę, bo w końcu zaczyna się przesadzać w drugą stronę i wpada się w pułapkę, którą roboczo lubię nazywać „syndromem Transformersów”. Widzowie, wbrew temu co się o ich inteligencji uważa, nie lubią gdy się im wciska pięknie opakowany badziew. W "Age of Ultron" twórcy przesadzili. Da się to wyczuć w recenzjach, sygnałem jest też wynik kasowy. Choć film zarobił masę szmalu, to jednak przegrał z "Jurassic World", który przy znacznie mniejszym budżecie już zarobił więcej, a jeszcze nie zszedł z ekranów.

Szefom Marvel Studios powinna się zaświecić ostrzegawcza lampka. Za sobą mamy "Age of Ultron", który budzi mieszane uczucia, ale przecież przed nami jest "Civil War", dwie części "Infinity War" i masa filmów pomiędzy nimi. Trzeba uważać. Na szczęście ratunkiem okazują się ekranizacje, które pozostają nieco na uboczu w stosunku do głównego trzonu MCU. Takie jak na przykład "Guardians of the Galaxy". Niewiele w tym momencie wiemy o filmach Fazy Trzeciej, więc pozostaje mieć nadzieję, że Marvel wyjdzie jednak z tego wszystkiego obronną ręką. Póki co fakt pozostaje faktem – na dzień dzisiejszy jest imperium Marvela, a potem długo długo nic.

Skomentuj





Spam Protection by WP-SpamFree