Brad Bird, reżyser „Mission: Impossible – Ghost Protocol”, ma szczęście. Mógł zatrudnić o jednego kaskadera mniej, bo miał w obsadzie Toma Cruise’a. Chociaż może to wcale nie jest szczęście. Będąc na miejscu reżysera miałabym zapewne pełne portki ze strachu, że moja największa gwiazda (a przy okazji także jedna z największych gwiazd współczesnego kina w ogóle) może sobie zrobić jakąś krzywdę.
Tymczasem Brad Bird nie wydaje się szczególnie zaniepokojony na poniższym filmiku. W końcu dla Toma to nie pierwszyzna, jest znany z tego, że sam wykonuje numery kaskaderskie w swoich filmach. Ot, kolejny dzień pracy przy „Mission: Impossible”.
„Jeden dzień” w reżyserii Lone Scherfig (nazwisko to stało się w Hollywood dość głośne w ostatnich latach dzięki filmowi „Była sobie dziewczyna”) jest świetnym dowodem na to, że najlepiej książkę na film przerobi jej autor. Nie wiem jak to jest wśród facetów, niech się może wypowiedzą sami, ale chyba nie ma na świecie dziewczyny, która nie byłaby zakochana w historii Dextera i Emmy. David Nicholls napisał niezwykły wyciskacz łez, sam napisał także scenariusz adaptacji i jestem przekonana, że w dużej mierze właśnie dzięki temu film jest tak dobry.
Kiedyś już sobie pisaliśmy, że kino jest wtórne. Sequel, prequel, remake bądź reboot czai się na każdym zakręcie. Adaptacje książek przeplatają się z filmami opartymi na prawdziwych wydarzeniach. Coraz więcej jest filmów inspirowanych artykułami z gazet, co tylko stanowi kolejny dowód na to, że inspiracji filmowcy szukają wszędzie, a pomysły coraz rzadziej wychodzą z ich głów. Nie mówię, że to źle, nie chcę także umniejszać niczyich zasług. Nakręcenie dobrych przeróbek i adaptacji nie jest wcale proste i wymaga solidnej pracy ze strony zarówno reżyserów jak i scenarzystów. Rzecz jednakowoż w tym, że to wszystko już kiedyś było, a z tym wielu krytyków kina wydaje się mieć problem.
Często zdarza mi się sięgać po kolejne pozycje filmowe według pewnego klucza. Na przykład odkrywam jakiegoś aktora, wchodzę na jego filmografię i zaczynam oglądać wszystko po kolei. Albo zostaję odesłana do filmów tematycznie podobnych do tego, który akurat widziałam. Tym razem natrafiłam na nazwisko hiszpańskiej reżyserki Isabel Coixet. Najpierw przypadkiem obejrzałam znakomite „Moje życie beze mnie”, po czym niemal natychmiast z wielką energią sięgnęłam po „Życie ukryte w słowach”, nagrodzone w 2006 roku przez Hiszpańską Akademię Sztuk Filmowych nagrodami Goya za najlepszy film, reżyserię i scenariusz oryginalny. I właśnie o tym filmie słów kilka postanowiłam napisać.
W piątek do kin wchodzi kolejna odsłona filmowych adaptacji klasyki literatury. „Trzej muszkieterowie”. Jak na rok 2011 przystało, tym razem w trójwymiarze. Na dodatek spod ręki twórcy „Resident Evil”. Obsada? Co najmniej imponująca. Matthew Macfadyen, Luke Evans i Ray Stevenson jako nasza dzielna trójka, Logan Lerman jako d’Artagnan, a do kompletu Milla Jovovich, Christoph Waltz, Orlando Bloom i Mads Mikkelsen.
Zawsze uważałam, że czołówki zasługują na to, by być bardziej doceniane. Dziś w filmach często odchodzi się od czołówek, ale na szczęście w serialach wciąż są one powszechne. Od kilku już lat niedoścignionym ideałem pozostaje dla mnie niesamowicie klimatyczna czołówka „Dextera”, która znakomicie wpisuje się w konwencję całego serialu.
W nocy przyznano nagrody Emmy, nazywane telewizyjnymi odpowiednikami Oscarów, więc wypada temu wydarzeniu poświęcić kilka słów. Wchodzę rano na Filmweb, widzę nagłówek: „Zakazane imperium” wielkim wygranym nagród Emmy i myślę sobie – nareszcie! Klikam, czytam… Najlepszy serial dramatyczny – „Mad Men”… (pauza, chwila ciszy, kilka sekund na przetrawienie tej wiadomości). Co?
Nie trzeba chyba tłumaczyć, dlaczego wybrałam się do kina na film „Kocha, lubi, szanuje”. Ryan Gosling, wyglądający jakby go wycięli z katalogu, zachęciłby każdą dziewczynę, znacznie mniej świrniętą na jego punkcie niż ja. W ostatnim czasie dość ciężko o dobrą komedię, nazwijmy to, romantyczną. Taką, która nie byłaby zżyną z czegoś innego i nie balansowałaby na granicy dobrego smaku. Dlatego tym bardziej polecam wszystkim „Kocha, lubi, szanuje”.
W tym roku jednym z gości na festiwalu Nowe Horyzonty we Wrocławiu był Terry Gilliam. Członek grupy Monty Pythona. Scenarzysta i reżyser. Spod jego ręki wyszło kultowe „Brazil”, „12 małp” i „Las Vegas Parano”. Szczególnie historia tego ostatniego jest ciekawa. Czytałam jakiś czas temu wywiad z Gilliamem, w którym padło pytanie dotyczące owego filmu w kontekście sukcesów i porażek reżysera. Poważna i trudna w zamierzeniu historia przez widzów odbierana jest, jak to zostało tu określone, jako „idealna komedia na narkotyczne wieczory”. W odpowiedzi Gilliam snuje taką oto opowieść: