Plus / minus: "Bóg nie umarł"

21 maja 2015 (22:00)

Świeżo upieczony student pierwszego roku, w ramach przedmiotu fakultatywnego, ląduje na zajęciach z filozofii u profesora Radissona. Na dzień dobry wykładowca, chcąc uniknąć zbędnych i w swoim mniemaniu idiotycznych dyskusji na temat siły wyższej, żąda od studentów, aby wszyscy podpisali deklarację, że nie wierzą w Boga (przynajmniej w czasie jego wykładów, potem już sobie mogą wierzyć do woli). Kilkadziesiąt osób na sali potulnie podpisuje się na karteczkach – poza naszym dzielnym głównym bohaterem, rzecz jasna. Josh ma taki mały problem, że jest chrześcijaninem i pod taką deklaracją sumienie mu zwyczajnie nie pozwala się podpisać. Radisson, zbity z tropu faktem, że ktoś mu się stawia, proponuje Joshowi układ. Jeśli nie zgadza się z tezą, że Boga można co najwyżej między bajki włożyć, musi na forum całej grupy udowodnić antytezę – "Bóg nie umarł".

Od razu powiem szczerze – cała opisana powyżej scena jest ohydna i śmieszna jednocześnie (w negatywnym znaczeniu tego słowa). Josh sprawia wrażenie inteligentnego młodego człowieka, który ma w główce wszystko dobrze poukładane, zaś Radisson wygląda jak pseudointelektualista, który nie znosi, gdy ktoś poddaje w wątpliwość jego poglądy (co tylko dowodzi, że taki z niego profesor filozofii, jak z koziej dupy trąba). Najpierw oznajmia studentom wprost, że swój przedmiot traktuje poważnie, więc jeśli ktoś liczy na łatwe zaliczenie, powinien od razu wyjść. Respekt. Potem zarzuca studentów listą kilkunastu nazwisk wybitnych filozofów i pyta, co oni wszyscy mają ze sobą wspólnego. Bingo! Wszyscy są ateistami. Tutaj następuje monolog generalnie wyśmiewający wszystkich, którzy ateistami nie są, tak żeby ci z obecnych, którzy ewentualnie myślą nieco inaczej, po tym potoku szyderstw bali się do tego przyznać. Potem czas na podpisanie deklaracji niewiary połączone z łapówką – jeśli osiągniemy jednogłośny konsensus w kwestii Boga, będziemy mogli z czystym sumieniem ominąć tę część kursu i skupić się na rzeczach ważniejszych (dodatkowa presja, bo jeśli ktoś się wyłamie, ucierpi cała grupa). Przy zbieraniu deklaracji Radisson pozwala sobie nawet na wybitnie śmieszny komentarz, że jeden ze studentów napisał "Bóg" z małej litery, więc chyba zasługuje na dodatkowe punkty. Widz już wie, że Josh będzie tym, który się wyłamie, a Radisson jest w takim szoku, jakby zdarzyło mu się to pierwszy raz w życiu. Wyzywa niesfornego studenta na pojedynek, który sam już uważa za wygrany, a na koniec zadaje grupie dodatkową lekturę, żeby jeszcze bardziej ich do chłopaka zniechęcić. Kopanie przeciwnika zanim w ogóle zacznie się pierwsza runda? Nieładnie.

Josh przez cały film jest sam przeciwko światu. Dziewczyna (nieprawdopodobnie wręcz irytująca) niby rozumie, dlaczego Josh nie chce wyprzeć się wiary, ale w zamian próbuje wymusić proste rozwiązanie – zmienić fakultet. W jej planach na ich wspólne życie nie ma miejsca na ryzyko popełnienia przez jej chłopaka akademickiego samobójstwa z powodu jakiegoś idiotycznego wykładu z filozofii. Nie rozumie, że dla Josha to byłoby jak oddanie meczu walkowerem. Rodzice chłopaka, choć nigdy nie widzimy ich na ekranie, też namawiają go, by nie ryzykował. Najwyraźniej nikt jego punktu widzenia nie rozumie, a im bardziej główny bohater jest gnębiony, tym bardziej będziemy mu kibicować i trzymać kciuki, żeby się nie złamał.

Pomiędzy debatą o Bogu mamy w filmie kilka wątków pobocznych. Wielebny Dave z pobliskiego kościoła gości u siebie przyjaciela misjonarza, co skłania go do pewnych przemyśleń na temat własnej pracy (omawianie z chórem listy utworów na nadchodzący koncert wydaje mu się trochę blade w porównaniu z pracą misjonarza, walczącego o nowe dusze gdzieś w trzecim świecie). Amy, dziennikarka, blogerka, aktywistka, wegetarianka, humanistka i ewolucjonistka w jednym, dowiaduje się, że ma raka i zostaje na świecie całkiem sama, gdy jej chłopak okazuje się dupkiem. Mina, dziewczyna Radissona, w przerwach pomiędzy użeraniem się z bucowatym profesorem, opiekuje się chorą na demencję matką. Ayisha, nawrócona chrześcijanka, ukrywa swoją wiarę przed agresywnym ojcem muzułmaninem, a Chińczyk Martin staje na podobnym rozdrożu, kiedy całe to gadanie o Bogu zaczyna się podobać jemu, a tatusiowi w Chinach wręcz przeciwnie. Gościnnie na trzecim planie pojawiają się Willie i Korie Robertsonowie oraz chłopaki z Newsboys, wszak nic tak nie działa na wyobraźnię jak świadectwa z życia wzięte.

Wracając do głównego wątku – przeprowadzony przez Josha dowód jest podzielony na trzy części. Część pierwsza: Wielki Wybuch. Część druga: ewolucjonizm. Część trzecia: obecność zła na świecie. Przywoływane zostają najważniejsze argumenty, w dyskusji przewijają się po kolei najbardziej znane teorie i nazwiska – Steven Weinberg, Georges Lemaitre, Richard Dawking, Stephen Hawking, John Lennox, Lee Strobel, Karol Darwin. Pojawia się też obowiązkowy traktat o moralności i wolnej woli. Wszystko to już słyszałam wcześniej, ale jeśli ktoś nigdy się tematyką sporów o początek wszechświata i istnienie siły wyższej nie interesował, być może o niektórych teoriach nie słyszał. Cała rzecz momentami ociera się o wywód akademicki, pełen co prawda skrótów i uproszczeń oraz raczej jednostronny, tym niemniej wysiłek należy docenić. Josh do swoich prezentacji profesjonalnie się przygotowuje, jest wygadany i pewny swego, podczas gdy Radisson wysuwa prawdziwy kontratak właściwie tylko raz, rzucając teorią Hawkinga o spontanicznym samostworzeniu wszechświata, o której chłopak nie miał pojęcia. Profesorowi udaje się jednak zagiąć przeciwnika tylko tymczasowo.

Czytałam wiele komentarzy zarzucających filmowi "Bóg nie umarł" tendencyjność. Nie sposób się z tym zarzutem nie zgodzić, ale też nie widzę w tym fakcie niczego dziwnego. Każdy twórca, który bierze na warsztat jakikolwiek temat, z góry ma na ów temat jakiś pogląd, a co za tym idzie jego dzieło nie będzie w pełni obiektywne. Krytycy piszą, że to chrześcijańska propaganda? Wszędzie, gdzie tylko pojawia się gorący społecznie temat, w mniejszym lub większym stopniu towarzyszy mu propaganda. Dzieła prawdziwie obiektywne naprawdę należą do rzadkości. Tak to już jednak jest, że chrześcijan łatwo się atakuje, bo jest nas dużo, więc nie mamy prawa narzekać. A nietolerancja, jak wiadomo, pojawia się tylko wtedy, gdy większość rzuca się na mniejszość, nigdy odwrotnie.

Zgadzam się, że "dosłowny" to bardzo delikatne określenie w przypadku tego filmu. Pozytywne i negatywne postaci zostają określone tak jednoznacznie, że nie ma miejsca na nic pomiędzy. Mało tego – mamy tutaj jedną, wielką i niekończącą się paradę stereotypów. Absolutnie wszystko jest do bólu przewidywalne, począwszy od tego, że wszyscy ateiści to idioci. Kółko wzajemnej adoracji, z profesorem Radissonem na czele, to banda zakochanych w sobie bufonów, którym za jedyny argument wystarczy przekonanie, że wiara w siłę wyższą jest czymś śmiesznym. Mina, która całkiem przypadkiem jest chrześcijanką, traktowana jest przez kółko wzajemnej adoracji jak ktoś gorszy. Gdy podczas wspólnej kolacji wypływa temat jej wiary, wszyscy patrzą się na nią jak na trędowatego. Radisson na oczach całej reszty jawnie wyśmiewa ignorancję swojej dziewczyny, po czym ta uskutecznia szybką ucieczkę. Słusznie, też bym nie chciała przebywać z takimi niewychowanymi debilami. Tyle że ja najpierw bym mu jeszcze lutnęła w gębę na do widzenia.

Scena przy kolacji jest najbardziej jaskrawym przykładem idei ciągnącej się przez cały film. Na tle tego całego zepsucia Josh prezentuje się jak człowiek ze szczerego złota. Jest wyważony, mądry, poukładany, nie próbuje wszystkich wokół na siłę nawracać, podczas gdy Radisson to jego przeciwieństwo – furiat, egoista i głupek, który wszystkim chce narzucić swoją wizję świata. Jest nawet taka scena, gdy Radisson wręcz biednemu chłopakowi grozi, że zniszczy jego szanse na karierę prawniczą, jeśli ten nie odpuści (ani chybi podpada to pod jakiś paragraf). Generalnie nie pozostawiono miejsca na wątpliwości, po której stronie leży racja, co oczywiście było w pełni zamierzone. Twórcy co prawda sami wkładają swoim krytykom broń do ręki tak stronniczym podejściem do tematu, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby się tym zbytnio przejmowali, tym bardziej, że film odniósł spory sukces komercyjny. "Bóg nie umarł" nie jest dziełem wybitnym, niektóre momenty są boleśnie wręcz patetyczne, ale inne (te bardziej skromne i proste) potrafią ścisnąć za serduszko. Nie siląc się na bezstronność, film z założenia ma przedstawiać racje jednej strony tego odwiecznego konfliktu i jako taki sprawdza się moim zdaniem całkiem nieźle. Bardzo to dla mnie miłe zaskoczenie.

Skomentuj





Spam Protection by WP-SpamFree