Plus / minus: "Earl i ja, i umierająca dziewczyna"

4 listopada 2015 (07:00)

Kiedy chcę czasami poudawać, że jestem jedną z tych osób, które uznają jedynie kino ambitne i brzydzą się popcornową papką z multipleksów (choć oczywiście nie jestem jedną z tych osób), przeglądam co mają do zaoferowania festiwale kina niezależnego. W tym roku na festiwalu w Sundance jury i publiczność były bardzo zgodne – nagrodę główną oraz nagrodę publiczności zdobył film "Earl i ja, i umierająca dziewczyna". Tym sposobem trafiłam na prawdziwą perłę.

Greg jest typem kolesia, który za wszelką cenę chce pozostać z boku i w nic nie ingerować. Ma rozpracowane wszystkie kliki w liceum, ze wszystkimi żyje w neutralnej zgodzie, ale jednocześnie nigdzie nie należy. Zawieszony z boku, jakby nie miał swojego miejsca na świecie. Jego najlepszym przyjacielem jest Earl, którego Greg uparcie nazywa współpracownikiem (pewnie dlatego, że nazwanie go przyjacielem byłoby zbyt osobiste). Kiedy ich znajoma ze szkoły dowiaduje się, że ma białaczkę, matka Grega bezpardonowo wręcz wymusza na nim, by zrobił dla chorej dziewczyny coś miłego. W ten absurdalny wręcz sposób ma swój początek przyjaźń Grega i Rachel.

Jeśli po powyższym opisie wydaje Wam się, że będziecie mieli do czynienia z kolejnym melodramatem o nastoletniej miłości z chorobą w tle – mylicie się.

Jesse Andrews, adaptujący na scenariusz własną powieść, zręcznie bawi się treścią, kpiąc z patetycznych i tandetnych historii miłosnych, serwując nam kalejdoskop przejaskrawionych i karykaturalnych postaci na drugim planie (począwszy od przedstawicieli poszczególnych szkolnych nacji, poprzez wytatuowanego historyka, skończywszy na rodzicach Grega i matce Rachel, fenomenalnie granych przez Connie Britton, Nicka Offermana i Molly Shannon), co krok puszczając do nas oko i sypiąc ironią na prawo i lewo, oplatając to wszystko narracją Grega pełną subtelnego humoru i nie gubiąc przy tym sedna tej historii. To jest film o przyjaźni. O chorobie, która wbrew temu, co próbuje nam się wpierać, wcale nie uczy niczego o pięknie życia, lecz tylko i wyłącznie je rujnuje. Jest to też film o tym, jak wiele można zrobić dla drugiej osoby, jeśli się po prostu jest obok.

Z kolei Reżyser Alfonso Gomez-Rejon przez cały film bawi się formą. Jeździ kamerą w dziwnych kierunkach, serwuje nam ujęcia w dziwnych kadrach i bawi się perspektywą. Czasem przyspiesza dynamicznym montażem i gwałtownie urywanymi ujęciami przeplecionymi wstawkami z kretyńskich filmów Grega i Earla, by za chwilę zwolnić przy długiej statycznej scenie całkiem pozbawionej montażu. Czasem widz odnosi wrażenie, że reżyser postanowił eksperymentować ze wszystkimi pomysłami jakie mu wpadły do głowy, ale po końcowym efekcie widać, że w tym szaleństwie jest metoda. Gomez-Rejon skrupulatnie wybranym spośród tego szaleństwa scenom nadaje tak wielki ciężar emocjonalny, że nie sposób się nie rozpłakać. Scena, kiedy Greg odwiedza Rachel w szpitalu i pokazuje jej film, który dla niej zrobił, jeszcze długo będzie mi stała przed oczami…

P.s. Dzisiejszy wpis ślę ze specjalną dedykacją dla kogoś, kto na pewno będzie wiedział, że o niego chodzi. Dziękuję, że robisz tak wiele, będąc obok.

Skomentuj





Spam Protection by WP-SpamFree